Porażki Mateusza Morawieckiego: Dwie twarze

Cezary Michalski, Newsweek, 25/2018, 11-17.06.2018

Przez pół roku premierowskiej posługi nie udało mu się przekonać ani zagranicy do PiS, ani PiS do siebie

Pół roku temu Jarosław Kaczyński zastąpił Beatę Szydło Mateuszem Morawieckim na stanowisku premiera. Chciał w ten sposób złagodzić wizerunek pisowskiej rewolucji, ale bez dawania satysfakcji opozycji i tworzenia wrażenia jakiejkolwiek ustępliwości. Nowy premier – na tle siermiężnego aparatu PiS odgrywający rolę technokraty – miał otworzyć partii Kaczyńskiego drogę do centrowych wyborców. Jest to szczególnie ważne w obliczu zbliżającego się maratonu wyborczego, po którym Prawo i Sprawiedliwość albo otrzyma przepustkę do wieloletnich rządów w Polsce, albo zostanie rozliczone za łamanie konstytucji i totalną porażkę w polityce europejskiej.

OFENSYWA WDZIĘKU

Zgodnie z wolą prezesa PiS Mateusz Morawiecki od pół roku próbuje nosić dwie twarze. Pierwszą twarz – eleganckiego, grzecznego, anglojęzycznego konserwatysty, ale też modernizatora – nosi na użytek Zachodu, instytucji unijnych, sojuszników z USA oraz Izraela. Wraz z szefem MSZ Jackiem Czaputowiczem miał stworzyć wrażenie korzystnej odmiany po wyraźnie cierpiącej na spotkaniach w Brukseli Beaty Szydło i pogrążonym w nieprzerwanej depresji Witoldzie Waszczykowskim. Nie ustępując tak naprawdę w niczym, uczestnicząc w dziele niszczenia w Polsce niezawisłych sądów, miał swoją ofensywą wdzięku przekonać Komisję Europejską, aby odstąpiła od procedury artykułu 7 wobec naszego kraju i przychyliła się do naszych oczekiwań w pracach nad tworzeniem nowego unijnego budżetu.

Ale Morawiecki miał też używać drugiej twarzy – prawicowego radykała, czasami wręcz nawet wzorcowego fanatyka prowadzonej przez obóz władzy ideologicznej wojny z „europejskim i polskim lewactwem”. Tę maskę miał zakładać na użytek najtwardszej polskiej prawicy, aby nikt nie pomyślał, że dobra zmiana wymięka. To do tych fundamentalistów zaadresował swoje wystąpienie w Radiu Maryja, głosząc konieczność rechrystianizacji Europy. Do twardej prawicy kierował też przemówienie w historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej. Mówiąc tam o historii Solidarności, usunął z niej Lecha Wałęsę, Bogdana Borusewicza, a także inteligenckich doradców (od lewa do prawa, bo przecież byli wśród nich zarówno Bronisław Geremek, jak i Tadeusz Mazowiecki czy Wiesław Chrzanowski). Zachował się niczym ci posłuszni historycy Stalina, wycierający z historycznych fotografii twarze Trockiego czy innych towarzyszy, którzy popadli w niełaskę u wodza.

Podobną funkcję pełnił niesławny tweet premiera w rocznicę wygranych przez Solidarność wyborów 4 czerwca 1989 roku. Zgodnie z wymaganiami aktualnej polityki historycznej PiS Morawiecki poinformował naród, że tego dnia odbyły się „zbojkotowane przez wielu Polaków wybory, tylko częściowo wolne, z zasadami zmienionymi w trakcie, by ratować kandydatów PZPR”.

Nawiasem mówiąc, teza o masowym bojkocie tamtych historycznych wyborów nie była już nawet interpretacją, ale zwykłym kłamstwem, ponieważ ówczesnej frekwencji mało które później dorównały – licząc łącznie z tymi, w których wygrywało Prawo i Sprawiedliwość.

Tę drugą maskę prawicowego radykała Morawiecki zakładał coraz częściej i nosił z coraz większą determinacją. Także dlatego, że za swój osobisty ambicjonalny priorytet uznał przekonanie do siebie twardej prawicy (również w aparacie PiS), która pamięta mu miliony zarobione u globalnych banksterów. Pamięta mu też to, że przez lata był gospodarczym doradcą Donalda Tuska, którą to pozycję wykorzystywał do bezwzględnego lobbingu na rzecz zarówno interesów banków, w których pracował, jak i interesów własnych.

 

„BEATA, BEATA”

 

Efekt tego zakładania różnych twarzy na różne okazje jest taki, że żadna z nich nie jest dziś wiarygodna. W efekcie pół roku premierostwa Morawieckie- go stało się pasmem porażek.

I tak ofensywa wdzięku pod adresem UE zakończyła się absolutną katastrofą. Morawiecki nie tylko nie odbudował dobrych stosunków z Komisją Europejską, europarlamentem czy innymi unijnymi instytucjami. Przeciwnie – Komisja ogłosiła właśnie przejście do kolejnego punktu procedury z artykułu 7 przeciw Polsce. Wcześniej – wbrew usiłowaniom Mateusza Morawieckiego – instytucje UE s opowiedziały się za wprowadzeniem warunku nienaruszania rządów prawa jako ważnego kryterium wypłaty środków unijnych, nawet tych przyznanych już danemu krajowi w wieloletnim budżecie UE. Ta procedura ma być w dodatku stosowana w rytmie rocznego rozliczenia budżetu Unii opartego na większości głosów krajów członkowskich UE, co uniemożliwia zablokowanie jej wetem Warszawy czy Budapesztu.

Wreszcie nadeszła ostateczna katastrofa w postaci przyjętej przez Komisję Europejską propozycji budżetu UE na lata 2021-2027. Polska oberwała najbardziej. Dość powiedzieć, że w porównaniu z obecnym budżetem traci 23 procent środków (głównie z polityki spójności i dopłat dla rolników), a to i tak dzięki przyjęciu wcześniej zasady, że żaden kraj nie może stracić więcej niż 24 procent.

Do tego trzeba dodać pogłębiający się kryzys w stosunkach Polski z USA oraz Izraelem. Przyznajmy uczciwie, że ten ostatni kryzys nie jest spowodowany przez samego Morawieckiego – jest skutkiem radosnej twórczości posłów i senatorów PiS, którzy uchwalili nowelizację ustawy o IPN. Jednak Morawiecki nie potrafił tym kryzysem zarządzać. Kiedy minister Czaputowicz przekonywał Amerykanów i Żydów, że nowelizacja nie wejdzie w życie i zostanie poprawiona po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, premier Morawiecki nie zdołał zdyscyplinować Zbigniewa Ziobry, który wraz ze swym zastępcą Patrykiem Jakim powtarzał, że nowelizacja już zaczęła działać. Nie potrafił też – bądź nie chciał – okiełznać instytucji z bezpośredniego zaplecza PiS, które zaczęły zaskarżać zagraniczne media. Na sam koniec zaś – bojąc się niezadowolenia twardego skrzydła PiS – publicznie nowelizację pochwalił. Zostało to odnotowane przez Zachód, sprawiając, że zaczął być postrzegany jako część problemu, a nie partner do jego rozwiązania.

Także w polityce wewnętrznej pół roku Morawieckiego nie jest sukcesem. Szczególnie jeśli rozliczać to wedle twardego kryterium, jakim jest sondażowe poparcie dla PiS. Sondaże partii rządzącej są dziś gorsze, niż kiedy Beata Szydło oddawała stery. Natomiast wyniki Platformy Obywatelskiej lepsze mimo pół roku usiłowań Morawieckiego i jego ministrów, aby prawicę zmobilizować, a opozycję rozbić.

W momencie najważniejszych kryzysów premier jest albo pasywny, albo zupełnie przeciwskuteczny. Tak było przy okazji sejmowego protestu niepełnosprawnych i ich opiekunów. Najpierw Morawiecki pojawił się w Sejmie, gdzie z wiarygodnością źle zaprogramowanego androida usiłował odgrywać empatię i społeczną wrażliwość. Jego wizyta – zamiast wygasić kryzys – zwiększyła determinację protestujących.

W obozie prawicy Beata Szydło i Zbigniew Ziobro mają dzisiaj lepszą pozycję do przyszłej sukcesyjnej wojny o władzę po Jarosławie Kaczyńskim, niż mieli w momencie, gdy prezes mianował Morawieckiego premierem. Przyczynił się do tego przede wszystkim „kryzys nagrodowy”, który Jarosław Kaczyński postanowił zakończyć obniżką pensji posłów i senatorów – nie tylko opozycji, ale, co gorsza, także tych z PiS.

Ponieważ krytykowanie jakiejkolwiek decyzji Kaczyńskiego może kosztować głowę, a w każdym razie miejsce na wyborczej liście, pisowscy parlamentarzyści sarkają na Morawieckiego, który w tej sprawie zachował się całkowicie pasywnie. W przeciwieństwie do Beaty Szydło, która odważyła się głośno bronić interesów partyjnego aparatu. Ludzie z PiS, którzy „utknęli” na stosunkowo niskich stanowiskach posłów i senatorów (a są wśród nich także postacie prominentne w partii), są wściekli o to, że obniża się ich zarobki, gdy konta nominatów Morawieckiego w spółkach skarbu rosną co miesiąc o kolejne dziesiątki tysięcy złotych. Tym bardziej że wielu z nich, podobnie jak sam Morawiecki, przylgnęło do partii „dopiero po naszym zwycięstwie” – jak mówią działacze Prawa i Sprawiedliwości.

Właśnie dlatego, kiedy w zeszłym tygodniu Morawiecki kończył swoje wyjątkowo konfrontacyjne przemówienie w Sejmie, w którym nieudolnie naśladował autentyczną pasję Kaczyńskiego w atakowaniu opozycji, posłowie i posłanki PiS skandowali „Beata, Beata!” zamiast „Mateusz, Mateusz!”.

 

KIM PAN JEST, PANIE MORAWIECKI?

 

Kolejne dryblingi Mateusza Morawieckiego sprawiły, że po pół roku pełnienia funkcji premiera stracił zaufanie centrum, a nie zdobył zaufania twardej prawicy. Trwa stagnacja w inwestycjach prywatnych, bo polscy przedsiębiorcy widzą, że za całym tym niby probiznesowym przedstawieniem kryją się ordynarny pisowski etatyzm i podatkowe domiary. Ale nienawidzi go także Macierewicz, nie ufa mu Bydzyk, a partyjny aparat woli obaloną Szydło.

Nie chodzi tylko o brak politycznego doświadczenia. Ani o to, że piarowe strategie, wyniesione przez Morawieckiego z biznesu, nie sprawdzają się wobec działaczy PiS, którzy wolą bardziej przaśne metody – przytulanie i kasę. Zadają pytanie: „Kim pan jest naprawdę, panie Morawiecki?”.

I nikt nie potrafi na nie odpowiedzieć. Wydaje się bowiem, że Mateusz Morawiecki chciałby być do godziny 15 kimś w rodzaju Byszarda Petru, bawić się w gospodarczy liberalizm i przy tym zarabiać dobre pieniądze. A po godzinie 15 stawać się kimś na modłę Piotra Semki – radykałem prawicowej wojny kulturowej, zagorzałym antykomunistą, udającym jakiegoś żołnierza wyklętego, jakby to była wirtualna gra.

Petru i Semka są jednak na swój sposób autentyczni, mają zwolenników i wrogów. Podczas gdy Morawiecki, który jak kameleon zmienia kostiumy i maski, nie przekonał do siebie nikogo.

Opracowanie: Janusz Baranowski – Tatar Polski, twórca Solidarności, potomek Powstańców Styczniowych, Legionistów, Generałów, Harcerzy, Szarych Szeregów, Żołnierzy Wyklętych