Młot na korupcję – Rewolucjonista w akcji

Wojciech Wybranowski, „DoRzeczy”,
nr 8/261, 19-25.02.2018

Gdy Mariusz Kamiński stworzył CBA i zabrał się do zwalczania korupcji, próbowano się go pozbyć z życia publicznego. Dzisiaj akcje Biura pokazują, że to nie takich ludzi należało się pozbywać

Co się dzieje z CBA? Jakiś zastój – żartowali na Twitterze niektórzy dziennikarze śledczy, gdy pierwszy tydzień lutego nie przyniósł sensacyjnych informacji o zatrzymaniach i nowych śledztwach. Okazało się, że to tylko cisza przed burzą. Na początku ubiegłego tygodnia funkcjonariusze Biura wkroczyli do mieszkania Pawła T. byłego wiceministra skarbu w rządzie Donalda Tuska, i pięciu innych osób, w tym urzędników resortu. Zatrzymano ich wszystkich pod zarzutem korupcji i nieprawidłowości urzędniczych przy sprzedaży w 2014 r. akcji firmy Ciech SA spółce KI Chemistry kontrolowanej przez rodzinę Jana Kulczyka. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, straty wynikające ze sprzedaży akcji Ciechu poznańskiemu biznesmenowi po zaniżonej wartości mogły wynieść ok. 110 min zł.

– Mam duży dystans do takich informacji. Nie uważam, że trzeba ukrywać coś z poprzednich lat, nie znam tej sprawy, ale wygląda ona na polityczne zamówienie. Widać tu polityczne zlecenie, a nie chęć wyjaśnienia tej sprawy – komentował tę sprawę Grzegorz Schetyna, lider PO.

– Podobnie jak cała Polska widziałem, jak wyglądały rządy Platformy. Rozliczamy teraz te osiem lat i ma to charakter publiczny, podobnie jak rozliczanie rządów PiS. Od tego jest CBA – ripostuje Maciej Wąsik, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych w rozmowie z „Do Rzeczy”.

Centralne Biuro Antykorupcyjne utworzone przez Mariusza Kamińskiego, dziś ministra koordynatora służb specjalnych, po blisko 12 latach od rozpoczęcia działalności wciąż budzi olbrzymie emocje. Najwięcej wtedy, gdy funkcjonariusze Biura pukają do mieszkań osób publicznie znanych, np. jak wtedy gdy pod koniec grudnia w związku ze śledztwem w sprawie korupcji weszli do mieszkania Stanisława Gawłowskiego, byłego wice-ministra środowiska w rządzie PO-PSL, albo gdy zatrzymali w głośnym śledztwie dotyczącym łapówkarstwa byłego senatora PO Józefa Piniora lub gdy przyszli po Grzegorza Koguta [syna senatora PiS Stanisława Koguta) i jego czterech wspólników podejrzanych o działania korupcyjne. Sam senator Kogut też w śledztwie CBA miał zostać zatrzymany, ale koledzy senatorowie nie wyrazili zgody na odebranie mu immunitetu.

Jednak sprawy dotyczące osób o głośnych nazwiskach to tylko niewielki wycinek aktywności CBA. Jak wynika z opracowania „Mapa korupcji. Zwalczanie przestępczości korupcyjnej” tylko w 2016 r. w Krajowym Centrum Informacji Kryminalnych zarejestrowano 25 968 zawiadomień o przestępstwach o charakterze korupcyjnym. Policja,

CBA i ABW oraz inne służby wszczęły wtedy blisko 2 tys. postępowań w takich sprawach, skazano ponad 2,6 tys. osób. Samo CBA w 2016 r. zarejestrowało 276 przestępstw korupcyjnych i ujawniło korzyści majątkowe pochodzące z korupcji o wartości ponad 25 min zł, zabezpieczyło także mienie o wartości 29 min zł.

Czego dotyczyły największe sprawy prowadzone przez CBA od zmiany władzy jesienią 2015 r.? To przede wszystkim ponad 68 śledztw w aferze reprywatyzacyjnej w Warszawie. Biuro ma na swoim koncie zatrzymania m.in. Macieja i Maksymiliana M. oraz mecenasa Roberta N. – czyli czołowych graczy na warszawskim rynku handlu roszczeniami spadkowymi, a także Jakuba R., byłego urzędnika stołecznego ratusza.

– Wkroczyliśmy na kolejne pole związane z reprywatyzacją. Od kilku tygodni pracujemy nad wątkiem reaktywacji przedwojennych firm i odzyskiwania na tej podstawie wielomilionowych odszkodowań za wyłudzone mienie. Pierwsze czynności już zostały wykonane: nasi ludzie w połowie grudnia weszli do 20 mieszkań oraz firm w kilku miastach Polski i zabezpieczyli dokumenty dotyczące reaktywacji 40 przedwojennych spółek – mówi nam jeden z funkcjonariuszy CBA.

Biuro prowadziło także m.in. śledztwa dotyczące wyłudzeń VAT, w trakcie których zatrzymano już kilkadziesiąt osób. W styczniu tego roku funkcjonariusze Biura zatrzymali pięć osób, które powołując się na wpływy wśród polityków, chciały wyłudzić 6 min zł za koncesje i załatwienie rządowych kontraktów przy budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego, a także prezesów spółki Laboratorium MSF podejrzewanych o wyłudzenie ponad 2 min zł od Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. W największej akcji w historii CBA, którą „Do Rzeczy” opisało jako pierwsze, w listopadzie 2017 r. zatrzymano 74 osoby. Miały zdaniem śledczych wyłudzić 1,74 mld zł kredytów z SK Bank w Wołominie.

Jak powstała służba, która jako pierwsza w Polsce pokazała, że z korupcją można skutecznie walczyć?

POSPRZĄTAĆ W POLSCE

Sejm III kadencji. Rządy AWS. Szaleje korupcja. Policja i Urząd Ochrony Państwa są w walce z przekupnymi urzędnikami praktycznie bezradne. Poseł Ludwik Dorn podczas jednego z wywiadów rzuca pomysł powołania specjalnej instytucji, której trzon stanowiliby ludzie uznawani za elitę elit w służbach, prześwietlani, niepodatni na korupcyjne pokusy. Koncepcji nawet nie próbowano wówczas zrealizować.

Pomysł wraca w 2005 r., gdy wybory parlamentarne wygrywa PiS. Zasiadający wtedy w poselskich ławach tej partii Mariusz Kamiński, pełnomocnik rządu ds. opracowania programu zwalczania nadużyć w instytucjach publicznych, zgłasza projekt powołania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Ruszają prace nad ustawą, a równocześnie – w kuluarach – prace nad powołaniem nowej instytucji. W maju 2006 r. Sejm zdecydowaną większością głosów zgadza się na utworzenie nowej służby, a jej pierwszym szefem zostaje Kamiński. Zastępcami są ludzie, z którymi przyjaźnił się jeszcze od czasów Ligi Republikańskiej: Maciej Wąsik – mający odpowiadać za administrację – i Ernest Bejda – odpowiadający za kwestie prawne.

– Najtrudniej było zebrać niezłą ekipę ludzi uczciwych, zdeterminowanych, by posprzątać w Polsce. Mieliśmy pomysł, ustawa o CBA była w tworzeniu, w czym też czynnie uczestniczył Władysław Stasiak – wspomina Maciej Wąsik. – Staraliśmy się ściągnąć najlepszych z policji i z ABW, często braliśmy fachowców, których z różnych powodów nie doceniano, którym blokowano kariery i takich, którzy znali się na gospodarce, a skład uzupełnialiśmy absolwentami studiów.

Tajemnicą poliszynela jest to, że kandydatów do CBA prześwietlano m.in. za pomocą badań wariograficznych. Przez to według naszych źródeł miało odpaść kilku cieszących się dotąd niezłą opinią policjantów Centralnego Biura Śledczego. 24 lipca 2006 r. nowa służba zaczęła działać.

– Wiesz, co dla mnie było największym zaskoczeniem, gdy przeszedłem z policji do CBA? Normalność. W policji każdą kartkę oglądaliśmy cztery razy, zapisywaliśmy z obu stron, a gdy okazało się, że w wydruku są błędy, jeszcze wykorzystywaliśmy ją do notatek. W Biurze okazało się, że nie ma tych problemów, że da się normalnie funkcjonować – opowiada nam jeden z funkcjonariuszy.

– Kupa młodych zapaleńców, ale chyba udało się uniknąć takiego wywyższania: „starzy policjanci” kontra nowicjusze. Uderzające, że nie było tego komisariatowego sznytu, picia w robocie – wtrąca się inny z byłych policjantów, obecnie w CBA.

Do pierwszej akcji Biura doszło w grudniu 2006 r. Funkcjonariusze weszli wówczas do mieszkań podejrzewanego o wiele przestępstw gospodarczych wpływowego biznesmena Wie-sława B. (prezesa spółki Kama Foods SA) i jego współpracownika Roberta M. Obu postawiono zarzuty działania na szkodę firmy, która miała na tym stracić ponad 140 min zł. Wiesław B. zmarł w 2014 r. przed zakończeniem postępowania, Robert M. został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu i 3 min zł grzywny.

GENETYCZNY ANTYKOMUNISTA

W prywatnych rozmowach z politykami opozycji często daje się słyszeć zdanie, że „CBA byłoby OK, gdyby nie stał za nim Kamiński”. Jednocześnie część z jego krytyków niechętnie przyznaje, że gdyby nie upór Kamińskiego, taka służba być może nigdy by nie powstała.

– Mariusz ma pewną „skazę”. Po pierwsze, albo ma wycięty gen fizycznego strachu, albo ma go w takiej atrofii, że jest niezauważalny, a żeby stworzyć taką służbę, trzeba by człowieka, który się nie lęka. Po drugie, jest stuprocentowo uczciwy – opowiada nam znany publicysta, bliski znajomy Kamińskiego jeszcze z czasów podziemia antykomunistycznego.

W środowisku dawnych działaczy NZS słynne jest zdjęcie z lutego 1988 r. Widać na nim drobnego, chuderławego chło-paczka w okularach, stawiającego czoła patrolowi ZOMO, który właśnie wtargnął na teren Uniwersytetu Warszawskiego. Mariusz Kamiński, wówczas student historii UW i działacz NZS, wspólnie z kolegami doprowadził do tego, że milicjanci zostali usunięci z terenu uczelni.

– Mario ma wyczucie do ludzi.

W pewnym momencie, przed 1989 r., przyczepił się do nas, jak się później okazało, „plaster z SB”. Młody, udający radykalnego, namawiający nas na różne akcje, przynoszący materiały typu Semtex. Ewidentny prowokator. Mariusz od razu go wyczuł i zerwaliśmy z nim jakiekolwiek kontakty – wspomina Andrzej Papierz, konsul generalny RP w Stambule, były działacz NZS.

Gdy rozmawiamy z dawnymi działaczami NZS na UW, to opowieści o spektakularnych akcjach, w których istotną rolę odegrał właśnie późniejszy założyciel CBA, nie brakuje. Słyszymy np. o tej z lipca 1986 r., kiedy to w stolicy odbywał się zjazd PZPR, a zbuntowana młodzież chciała pokazać, że jest przeciw. Umówiła się więc na staromiejskim Barbakanie, udając wycieczkę turystyczną. Nagle Kamiński wyciągnął wielką flagę Solidarności, a cała 20-osobowa grupa działaczy NZS zaczęła, ku radości wiwatujących ludzi, skandować: „Solidarność żyje!” Rozbiegli się, zanim na miejscu pojawiła się esbecja.

– W czasie wojny były śpiewane w tramwajach piosenki o Niemcach, a myśmy za komuny potrafili przejechać autobusem po Krakowskim Przedmieściu, śpiewając antykomunistyczne piosenki. W ponurych czasach końcówki lat 80. – śmieje się Danuta Bolikowska, fotograf podziemnego NZS. – Mariusz potrafił wydzierać się na cały autobus: „NZS, NZS!” albo „Solidarność, Solidarność!” Potem z okna tego autobusu, fru… jakieś ulotki na ulicę i „wypad” z pojazdu. Jak widziałam, z jakim on zaangażowaniem tak śpiewa i krzyczy, nie bojąc się nikogo w tym zapchanym autobusie, pomyślałam sobie: to jest urodzony rewolucjonista – dodaje.

Po 1989 r. Mariusz Kamiński bezskutecznie starał się o pracę w Urzędzie Ochrony Państwa, później krótko pracował w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i Głównym Urzędzie Ceł.

W 1993 r. wrócił do aktywności politycznej, współzakładając stowarzyszenie Liga Republikańska domagające się dekomunizacji.

– Mieliśmy poczucie, jako dawni działacze NZS, że nie dokończyliśmy naszych spraw, że przy Okrągłym Stole zostaliśmy oszukani, że wrócili do władzy ludzie wywodzący się z systemu komunistycznego, których w życiu publicznym być nie powinno. Liga Republikańska stała się więc środowiskiem protestu młodych ludzi, mam wrażenie, że wówczas największym w Polsce – mówi Andrzej Papierz.

Liga zasłynęła głośnymi antykomunistycznymi akcjami i happeningami, m.in. rozklejanymi w całej Polsce plakatami z wizerunkiem ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego stylizowanego na wampira i z podpisem: „Kwasula – czerwony wampir”, okolicznościowymi akcjami „Morderca mieszka obok ciebie”, w których do wiadomości publicznej, podawano nazwiska i adresy unikających sądów komunistycznych zbrodniarzy, kontrdemonstracjami pierwszomajowymi i marszami w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia. Upamiętniała też ofiary komunistycznego totalitaryzmu. Działacze Ligi i NZS obrzucili jajkami postkomunistycznego ministra edukacji Jerzego Wiatra. Niektórzy próbują przypisać też Kamińskiemu „zamach nabiałowy” na Kwaśniewskiego w Paryżu, ale to akurat była wyłącznie akcja RAAK. Ludzie Kamińskiego, zwłaszcza Grzegorz Wąsowski – dziś szef fundacji Pamiętamy – jako pierwsi w Polsce upomnieli się o pamięć i cześć żołnierzy wyklętych.

Jeszcze w Lidze Republikańskiej miał się objawić współpracownikom dość trudny, jak mówią, charakter Kamińskiego. Niektórzy twierdzą, że ma on skłonności do autokratycznego podejmowania decyzji, kontrolowania innych.

– Robiliśmy bardzo dużo konkretnych celowych akcji wymierzonych w absurdy SLD-owskich rządów. Wspominam Mariusza bardzo dobrze. To, co robił w tamtych czasach, robił we wspólnym celu, na pewno nie można go posądzać o koniunkturalizm – wspomina Marcin Kornaga, były szef krakowskiej Ligi Republikańskiej, często ustawiającej się wtedy w wewnętrznej opozycji do Kamińskiego. – Zachowywał się bardzo przyzwoicie. Miał – co prawda – pewne cechy charakterologiczne, trudne do przeskoczenia, co generowało konflikt, ale z perspektywy czasu mam dobre wspomnienia – dodaje.

W 1997 r. Kamiński został posłem z list AWS, co spowodowało konflikt w Lidze Republikańskiej i ostatecznie doprowadziło do rozpadu organizacji. Jako poseł AWS zaczął tropić nieprawidłowości i polityczną korupcję. Domagał się wtedy m.in. powołania specjalnej komisji śledczej do zbadania działań Aleksandra Kwaśniewskiego w okresie, gdy ten kierował Komitetem ds. Młodzieży i Kultury Fizycznej. W Sejmie nie udało się takiej komisji powołać. Politykom AWS zabrakło także woli, by przepchnąć przez głosowania przygotowaną przez Kamińskiego i Ligę Republikańską ustawę dekomunizacyjną.

POSTRACH WŁADZY

Stworzona w 2006 r. przez Kamińskiego służba też zajęła się Kwaśniewskim. Chodziło o dom w Kazimierzu, który – jak podejrzewało CBA – mógł zostać przez Kwaśniewskich kupiony na tzw. słupa. CBA wykorzystując techniki operacyjne, w tym prowokację (m.in. kontrolowany zakup), zebrało dowody, które miały potwierdzać, że faktyczną właścicielką willi była Jolanta Kwaśniewska. Śledztwo w tej sprawie wszczęto w 2007 r., ale krótko po odwołaniu Kamińskiego z funkcji szefa CBA – w lutym 2010 r. – prokuratura umorzyła je, uznając, że przestępstwa nie było.

– Działania prokuratury stały się, delikatnie mówiąc, zaskakujące. Prokurator Iwona Palka, powołana przez ministra Ćwiąkalskiego na szefa katowickiej apelacji, nie zgodziła się na zatrzymania, a następnie podważyła materiały operacyjne – opowiada nam jeden z ludzi CBA zaangażowanych w to śledztwo.

W grudniu 2016 r. Prokuratura Regionalna w Katowicach wznowiła postępowanie w sprawie „willi Kwaśniewskich”. Dlaczego? Weryfikacja akt miała wykazać, że postępowanie umorzono, nie przeprowadzając wszystkich czynności dowodowych.

Ludzie Kamińskiego z impetem weszli też w świat sportowej korupcji. Dzięki działaniom CBA zatrzymano ponad sto osób – sędziów piłkarskich i zawodników – którzy ustawiali wyniki meczów. „Ofiarą” antykorupcyjnych działań Biura stał się nawet minister sportu w rządzie PiS Tomasz Lipiec. Postępowanie wykazało, że miał wziąć łapówkę za powołanie swojego znajomego na dyrektorskie stanowisko w Centralnym Ośrodku Sportu w Warszawie. W czerwcu 2013 r. Lipiec został prawomocnie skazany na dwa lata i trzy miesiące więzienia.

CBA prowadziło również głośną sprawę Mirosława G., znanego kardiochirurga, szefa kliniki kardiochirurgii w warszawskim Szpitalu MSWiA. CBA zatrzymało go 12 lutego 2007 r. pod zarzutem korupcji i przestępstw, które miały zagrozić życiu jego pacjentów.

W toku postępowań sądowych G. został uniewinniony od zarzutów zabójstwa i mobbingu, ale dowody w sprawie korupcji zebrane przez CBA okazały się mocne. W styczniu 2013 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa skazał doktora na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i grzywnę za przyjęcie ponad 17,5 tys. zł od pacjentów.

Inne głośne śledztwo Biura dotyczyło sprawy afery gruntowej. Według śledczych bliscy współpracownicy ówczesnego wicepremiera Andrzeja Leppera – Piotr Ryba i Andrzej K. – mieli w imieniu swoim i jego domagać się łapówek w zamian za pomoc w odrolnieniu gruntów na Mazurach. Ostatecznie po całym korowodzie procesów sąd uznał zarówno Rybę, jak i K. za winnych przestępstwa. Afera gruntowa przyczyniła się do rozpadu koalicji PiS-Samoobrona-LPR i upadku rządu.

Centralne Biuro Antykorupcyjne od samego początku było krytykowane przez lewicowo-liberalne media bliskie Platformie Obywatelskiej i polityków tej partii. Ataki nasiliły się w październiku 2007 r., gdy funkcjonariusze Biura zatrzymali ówczesną posłankę PO Beatę Sawicką przyjmującą w zamian za pomoc w ustawieniu przetargu na Helu 50 tys. zł łapówki od działającego „pod przykryciem” agenta CBA Tomasza Kaczmarka.

W maju 2012 r. warszawski sąd okręgowy skazał ją na trzy lata więzienia. Rok później sędzia SA w Warszawie Paweł Rysiński uniewinnił byłą posłankę.

Stwierdził, że co prawda Sawicka wzięła łapówkę, ale odpowiada za to tylko moralnie, bo – jak argumentował – działania CBA wobec niej były nieuzasadnione i nielegalne.

Wiele wskazuje jednak, że machinę, która miała wybić kły CBA i usunąć Kamińskiego z życia publicznego, uruchomiono na dobre dopiero po wybuchu kolejnej afery – głośnego śledztwa CBA ujawniającego potężne nieprawidłowości w działaniach członków rządu Donalda Tuska.

ROZSTANIA I POWROTY

W październiku 2009 r. Cezary Gmyz na łamach „Rz” ujawnił, że funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorup- cyjnego, kierowanego wówczas przez Mariusza Kamińskiego, zdobyli dowody (m.in. nagrania], z których wynikało, iż pełniący wówczas obowiązki szefa klubu PO Zbigniew Chlebowski, a także minister sportu w rządzie Donalda Tuska – Mirosław Drzewiecki – oraz ich bliscy współpracownicy w trakcie prac nad ustawą hazardową mieli zabezpieczać interesy biznesmenów tej branży: Ryszarda Sobiesiaka i Jana Koska.

– Ujawniliśmy premierowi aferę w momencie, kiedy ustawa hazardowa miała trafić na posiedzenie rządu. Udowodniliśmy, że gdyby została przyjęta, Polska traciłaby ok. 500 min zł rocznie.

W momencie, gdy Kamiński przekazał informacje Donaldowi Tuskowi i jego współpracownikom, zaczęły się problemy. Okazało się, że jest przeciek, że osoby zamieszane w sprawę mają informacje ze śledztwa – opowiada nam osoba z dawnego kierownictwa CBA. – Nagle figuranci zaczęli mówić kodem, okazało się też, że zmienili telefony, numery kart, w kilku rozmowach między wierszami dało się wyczuć, że wiedzą, iż mogą być rozpracowywani – dodaje.

Ostatecznie główne śledztwo w sprawie afery hazardowej zostało umorzone w kwietniu 2011 r. Prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa.

A już po ujawnieniu przez „Rz” kulisów afery hazardowej nagle przyspieszyło prowadzone od 2007 r. śledztwo w sprawie rzekomego popełnienia przez kierownictwo CBA przestępstwa – fałszerstwa dokumentów wykorzystywanych w czynnościach operacyjnych w tzw. aferze gruntowej.

– Wiemy, że były naciski, by stawiać nam zarzuty. Edward Zalewski, wówczas prokurator krajowy, na początku sierpnia 2009 r., kiedy Tusk wiedział już o aferze hazardowej, zrobił w Prokuraturze Krajowej spotkanie prokuratorów, na którym zapadły decyzje o postawieniu zarzutów Mariuszowi Kamińskie- mu. W mojej ocenie było to potrzebne Tuskowi, by mógł odwołać Kamińskiego – uważa Maciej Wąsik.

Ówczesny szef CBA 6 października 2009 r. usłyszał zarzuty przekroczenia uprawnień i popełnienia przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów. Kilka dni później premier Tusk odwołał go ze stanowiska.

Wątpliwości, które wskazują, że sprawa mogła mieć charakter polityczny, jest sporo. Latem 2010 r„ kilka dni przed drugą turą wyborów prezydenckich, prowadzący postępowanie w tej sprawie prok. Robert Kiliański przekazał dziennikarzom informacje, że śledztwo przeciw Kamińskiemu jest już ukończone, a akt oskarżenia trafi do sądu. Szybko okazało się jednak, że śledztwo jest daleko w polu, nie wykonano podstawowych czynności i będzie musiało potrwać jeszcze wiele miesięcy.

Co więcej – czynności przeciw Kamińskiemu i jego współpracownikom nadzorowała prok. Anna Habało, wówczas szefowa rzeszowskiej okręgówki. jak się niedawno okazało, Habało była istotnym elementem tzw. układu podkarpackiego, rozpracowywanego przez CBA. W 2016 r. została, na polecenie prokuratury, zatrzymana i usłyszała zarzuty korupcji oraz płatnej protekcji. Miała m.in. pomagać lokalnemu przedsiębiorcy w uniknięciu wysokiego podatku, za co miała otrzymać kilkadziesiąt tysięcy złotych łapówki. W grudniu w Tarnowie zaczął się jej proces.

Akt oskarżenia przeciw Kamińskiemu trafił do sądu we wrześniu 2010 r., a przygotował go prok. Bogusław Olewiński, w PRL zarejestrowany jako konfident SB o pseudonimie Marian. W sądach zapadły dwa orzeczenia. 20 czerwca 2012 r. warszawski Sąd Rejonowy Warszawa – -Śródmieście umorzył postępowanie, stwierdzając, że funkcjonariusze CBA nie popełnili przestępstwa. To nie powinno dziwić, wszak dwa lata później warszawski sąd, uznając Piotra Rybę i Andrzeja K. za winnych w aferze gruntowej, wskazał, że działania CBA były uzasadnione i zgodne z prawem. Prokuratura złożyła jednak odwołanie. W marcu 2015 r. sędzia Wojciech Łączewski uznał Kamińskiego za winnego przekroczenia uprawnień i nie-prawomocnie skazał go na karę trzech lat pozbawienia wolności oraz 10 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych. Wyrok trzech lat więzienia usłyszał wówczas także Maciej Wąsik.

Sprawa wywołała burzę. Gdyby wyrok wszedł w życie, usuwałby definitywnie zasłużonego w walce z korupcją Kamińskiego z życia publicznego. W 2015 r. prezydent Andrzej Duda ułaskawił Kamińskiego i Wąsika. Mariusz Kamiński został ministrem koordynatorem służb specjalnych, Wąsik jego zastępcą. Szefem CBA został tym razem inny z dawnych współpracowników Kamińskiego – Ernest Bejda.

– Jaki był stan CBA po naszym powrocie? Jak zatrzymanego pociągu, który stoi w polu i niszczeje. Ludzie wystraszeni, z przetrąconymi kręgosłupami, bez zgody na ofensywne działania. To wszystko trzeba było uporządkować – konkluduje Wąsik.

Opracowanie: Jarosław Praclewski