IMMUNITET W POLSCE ŹRÓDŁEM PATOLOGII

Oczywiście chodzi o immunitet, którym objęte są grupy uprzywilejowanych obywateli polskich w Polsce, a nie dyplomaci obcych państw. Powoduje on istnienie w życiu codziennym naszego kraju niespotykanych w czołowych państwach Zachodu różnych kast ludzi niedotykalnych, co wytwarza u nich poczucie demoralizującej bezkarności. Mają oni bowiem permanentną gwarancję nietykalności 24 godziny na dobę w każdej sytuacji, dopóki ekstra przywileju nie zostaną chwilowo pozbawieni. Najbardziej szkodliwe tego skutki występują w środowiskach polityków i sędziów, a więc wśród elit ludzi, którzy mają w kraju największą władzę. W ostatnich dniach jesteśmy właśnie świadkami kolejnych związanych z tym problemów. Czas więc kuć żelazo póki gorące i proponować publicznie rozwiązania, jak te sprawy naprawić i spowodować, aby więcej nie miały miejsca. Dla mnie postulatem najlepszym jest instytucję obecnego immunitetu po prostu zlikwidować. Ale mogą to zrobić tylko ci, których problem dotyczy, dlatego jest rzeczą zrozumiałą, iż patologii tej olbrzymia ich większość będzie broniła jak niepodległości, szermując najbardziej wzniosłymi i ufryzowanymi na szlachetność frazesami.

Jakby podstawowym argumentem obrońców obecnego immunitetu jest to, że jest on rzekomo po to, aby polityk nie bał się mówić tego co chce, bo może być oskarżany np. o zniesławienie itp. Przepraszam bardzo, ale jest to nietrafny argument demagogiczny, ponieważ – gwarancją prawa polityka do swobodnej wypowiedzi jest – prawo do wolności słowa zawarte w Konstytucji, chroniące zresztą nie tylko polityków, ale w równym stopniu każdego obywatela. Ekstra ochrona polityka w postaci immunitetu jest więc zbyteczna i de facto służy temu, że polityk znajduje się w uprzywilejowanej sytuacji bezkarności, jakiej nie mają inni obywatele. Zatem choć nie jestem prawnikiem, uważam, że stan obecny jest niekonstytucyjnym aktem wywyższania jednych obywateli kosztem innych. Pewne zabezpieczenie polityków istnieć jednak musi, ale w formie tylko niezbędnego minimum.

Stoję na stanowisku, że w nowej Konstytucji ma być wprowadzona definicja, kiedy nietykalność posła i senatora RP obowiązuje, rozumiana jednak tylko jako sytuacja, że nie można go aresztować. Taki immunitet posła i senatora ma oznaczać jedynie to, że nie może on być aresztowany na sali w trakcie obrad parlamentu lub w drodze na te obrady i powrotnej. To wszystko! Parlamentarzysta nie może też być przez nikogo przesłuchiwany za to, co mówił w swoim parlamentarnym wystąpieniu. Poza tymi ściśle określonymi wyjątkami, żaden polityk nie może mieć prawa do gwarantowanej immunitetem nietykalności za popełniane przez siebie wszelkie inne czyny. Jednak poseł i senator nie może podlegać żadnej ochronie nawet w parlamencie oraz w drodze na jego obrady i z powrotem, jeżeli dopuści się aktu zdrady wobec narodu oraz popełni zbrodnię lub przestępstwo, albo naruszy porządek publiczny.

Takiemu rygorowi poddani są politycy najlepszego gwaranta naszej niepodległości, Stanów Zjednoczonych Ameryki. Korzystajmy z tej okazji pełną czarą i uczmy się od nich, aby podobne wolnościowe zasady, które szanują obywatelską podmiotowość, wprowadzać w naszym kraju. I niech nas nie zwodzą ci, co mówią, że to niemożliwe, bo tamci istnieją od wielu lat, a my dopiero zaczynamy. Takim naiwnym obrońcom niszczącej nas patologii trzeba odpowiadać, że Amerykanie na wprowadzanie swoich mądrych praw nie czekali dziesięcioleci, ale mają je od początku swojej państwowości i tak samo trzeba robić u nas, tu i teraz.

Katowice, 21 styczeń 2018

Andrzej Rozpłochowski