Kwiatkowski – tytan rozwoju II RP, cz. I: MOTOR ROZWOJU II RP

Kardynał Karol Wojtyła powiedział nad jego trumną: „Logika życia tego człowieka wymaga, aby modlitwa za jego duszę popłynęła z wawelskiej katedry”.

Tytan rozwoju II RP

Spod Zbaraża nad Bałtyk – poprzez politechnikę, chemię przemysłową, stanowiska ministra i wicepremiera – wiodła droga tego wielkiego rodaka. Zostawił po sobie zakłady azotowe, port w Gdyni, COP…

Eugeniusz Kwiatkowski urodził się 30 grudnia 1888 r. w Krakowie, w rodzinie Jana Kwiatkowskiego i Wincentyny z Maszczyńskich. Ojciec, prawnik z wykształcenia, był wówczas urzędnikiem kolejowym, ale rychło został ziemianinem, odziedziczywszy majątek po bracie we wschodniej części austriackiej Galicji i Lodomerii, która w II Rzeczypospolitej wejdzie w skład województwa tarnopolskiego. Eugeniusz miał troje rodzeństwa: starszego brata Romana i młodsze siostry Janinę oraz Zofię. Obydwie dożyły stu lat. Ojciec natomiast umarł w 1903 r. i od tej pory edukacją dzieci – w tym syna, który w przyszłości stał się tytanem rozwoju gospodarczego wolnej Polski – kierowała matka.

Dzisiaj o Eugeniuszu Kwiatkowskim mówi się niemal wyłącznie dobrze, używając określeń: „budowniczy Gdyni”, „twórca COP”, „odnowiciel Wybrzeża”. I słusznie. Często powtarzane powiedzenia z wolna zamieniają się jednak w banały; mimowolnie wycinamy jakieś kontury z gazety, tracąc z oczu postać w jej ludzkim wymiarze. Sam Kwiatkowski protestował zresztą przeciw „budowniczemu”, przypisując ten tytuł inżynierowi Tadeuszowi Wendzie, projektantowi portu gdyńskiego.

Z kolei w latach 1949-1956 mówiono o „kwiatkowszczyźnie” jako zwyrodniałej, „burżuazyjno-obszarniczej” myśli morskiej.

WYOBRAŻAŁ SOBIE, ŻE JEST SKRZETUSKIM

Jeśli natomiast powstałby biograficzny film o Kwiatkowskim, to moglibyśmy powycinać poszczególne klatki i przyjrzeć się przedziwnym obrazom. Oto 10-letni chłopiec wyobraża sobie, że jest Skrzetuskim, patrząc pod koniec XIX w. na mury Zbaraża, pod którym wychowywał się w majątku ojca. Niebawem zostaje zabrany z lwowskiego ck Gimnazjum im. Franciszka Józefa, gdzie czynił nader mierne postępy w nauce, i umieszczony W słynnej szkole ojców jezuitów w Chyrowie, którą w 1907 r. kończy z odznaczeniem.

W 1910 r. widzimy go studiującego chemię na Politechnice Lwowskiej, a następnie w monachijskiej Konigliche Bayerische Technische Hochschule. Do Monachium przeniosła go matka, z niepokojem patrząca na entuzjazm, z jakim jej syn uczestniczył w działalności niepodległościowych organizacji młodzieżowych Zet i Zarzewie, a następnie Polskich Drużyn Strzeleckich. Chciała go ustrzec przed ryzykiem, jakie niósł udział w tych organizacjach. Na próżno.

W roku 1913 doszło do wydarzeń ważnych dla jego życia osobistego. Wrócił wtedy po studiach z Monachium i podjął praktyki kolejno w gazowniach miejskich Lwowa i Łodzi, a następnie otrzymał stanowisko wicedyrektora w prywatnej gazowni lubelskiej. Natomiast tuż przedtem, we wrześniu owego roku, ożenił się z Leokadią Glazer, z którą będzie miał syna Jana i córki Annę oraz Ewę.

Po wybuchu wojny poprzez Legion Wschodni trafił do Legionów. Sześć lat po rozpoczęciu studiów lwowskich poprowadzi od kwietnia 1916 r. w Chełmie legionowe biuro werbunkowe… Po rozwiązaniu Legionów odnalazł się w Polskiej Organizacji Wojskowej.

W niepodległej Polsce pracował dla armii. Już podczas wojny z bolszewikami wykorzystywano zdobytą przez niego wiedzę, powołując go do sekcji chemicznej Głównego Urzędu Zaopatrzenia Armii przy Ministerstwie Spraw Wojskowych. W1921 r. wystąpił z wojska w stopniu porucznika i – w zgodzie z wykształceniem – szukał zatrudnienia w przemyśle chemicznym.

Wtedy zaprzyjaźnił się z wybitnym chemikiem Ignacym Mościckim i wspomógł go najpierw przy przejęciu od Niemców, powtórnym uruchomieniu i rozwoju Zakładów Azotowych w Chorzowie, a następnie przy budowie Azotów pod Tarnowem, które przejdą do historii jako Mościce. To właśnie współpraca z Mościckim zaowocowała największymi osiągnięciami Kwiatkowskiego w rozwoju przemysłu polskiego.

POZNAŁ SIĘ NA NIM MOŚCICKI

Poświęcimy temu zagadnieniu cały kolejny rozdział, ale tu zwróćmy uwagę na naprawdę imponujący wymiar pracy tych obu wielkich Polaków w Chorzowie. Najpierw Niemcy nie chcieli oddać Polsce wielkiej nowoczesnej fabryki, zbudowanej podczas I wojny światowej, która należała się nam na mocy układu po trzecim powstaniu śląskim. Próbowali oszukać Polaków bezprawnym przekazaniem zakładów azotowych w prywatne (oczywiście niemieckie) ręce. Potem wycofali stamtąd niemieckich inżynierów i techników (czyli wszystkich specjalistów), aby unieruchomić produkcję. Wreszcie organizowali dywersję, z niszczeniem maszyn i urządzeń włącznie. Polacy się jednak nie dali. Przeciwnie. Wygrali sprawę w sądzie, znaleźli odpowiednie kadry, a dywersję poskromili sami śląscy robotnicy, gdy ujrzeli, że niszczony jest ich warsztat pracy. Mościcki zaś dzięki swym patentom, talentom organizacyjnym i wsparciu takich ludzi jak Kwiatkowski potrafił nie tylko utrzymać produkcję na poprzednim poziomie, lecz także ją zwiększyć.

Kiedy Mościcki został prezydentem, Kwiatkowskiemu powierzono resort przemysłu i handlu. Nowy minister zastał marazm na wielkiej budowie portu i miasta Gdyni. Jak wiemy, II Rzeczpospolita odzyskała dostęp do morza w wyniku traktatu wersalskiego, ale rozstrzygnięcie w sprawie Gdańska, uczynionego „Wolnym Miastem”, nie pozwoliło na jego wykorzystanie zgodnie z interesami polskimi. Decyzja w sprawie budowy Gdyni zapadła wprawdzie w 1922 r., ale w ciągu następnych czterech lat wadliwe umowy z francuskimi wykonawcami powodowały stopniowe zamieranie prac. I oto po przewrocie majowym nowym ministrem przemysłu został człowiek, który trafnie i z goryczą pisał: „Morze dla Polski to jedno z najpoważniejszych i najdonioślejszych zagadnień historycznych. Ku niemu Polska szła wieki całe, a im bliżej się z nim wiązała i żyła, tym bardziej wzrastała jej siła wewnętrzna i znaczenie zewnętrzne. W XVII wieku VI j utraciliśmy kontakt z morzem i wreszcie doszliśmy do tego, że morze stało się obcym dla nas pojęciem”.

Jak najszybciej rozwiązał on istniejący kontrakt i zawarł nowy, przewidujący sprawne finansowanie i natychmiastowe zapłaty dla wykonawców, którzy w terminie i bez fuszerek będą wykonywać zamówione roboty. Na budowie pojawiły się renomowane firmy zagraniczne, prace nabrały coraz większego tempa, a efekty były zdumiewające. Oto w roku 1926 obroty wynosiły nieco ponad 400 tys. ton, a już w następnym zwiększyły się do prawie 2 min ton. W 1929 r. przeładowano niemal 3 min ton, przewyższając tym samym przedwojenne obroty portu gdańskiego, gdzie w roku 1912 przeładowano niespełna 2,5 min ton towarów. Owa dynamika rozwojowa utrzymywała się i w 1935 r. zdolności przeładunkowe gdyńskiego portu osiągnęły 10 min ton rocznie, cztery razy więcej niż planowano, gdy kilkanaście lat wcześniej zaczynano jego budowę. Port w Gdyni stał się największym na Bałtyku i najnowocześniejszym w całej ówczesnej Europie.

W 1929 r. minister Kwiatkowski zaakceptował wniosek prezydenta Poznania Cyryla Ratajskiego o zorganizowanie w tym mieście pierwszej Powszechnej Wystawy Krajowej, na której miały być zaprezentowane gospodarcze osiągnięcia niepodległej Polski w ciągu 10 lat jej istnienia. Zarówno wystawa, jak i państwo polskie odniosły ogromny sukces. Od połowy maja do końca września odwiedziło ją ponad 4,5 min osób, w tym 200 tys. gości z zagranicy. Prasa całego świata oceniła ją nadspodziewanie wysoko. Na przykład brytyjski „Daily Mail” napisał, że „świadczy wymownie, co uzyskali Polacy usilną pracą i oszczędnością, Polacy pokazali na tej wystawie, że nie ma przedmiotu, którego by sami sfabrykować nie mogli. Ten naród jest tak przemyślny, że potrafi zrobić wszystko, czego zapragnie”.

Natomiast 13 lipca 1930 r., podczas uroczystości podniesienia bandery na żaglowcu szkolnym „Dar Pomorza”, w księdze pamiątkowej napisano: „Polska bez własnego wybrzeża morskiego i bez własnej floty nie będzie nigdy ani zjednoczona, ani nieodległa, ani samodzielna gospodarczo i politycznie, ani szanowana w wielkiej rodzinie państw i narodów, ani zdolna do zabezpieczenia warunków bytu pracy, postępu i dobrobytu swym obywatelom. Dziś można powiedzieć, że społeczeństwo spłaca dług historyczny na wybrzeżu […]. Musimy sobie powiedzieć – z tym wybrzeżem wiąże się życie Polski, a bez niego śmierć Polski. Przez całą Polskę musi pójść zrozumienie, że tu tkwi podstawa rozwoju państwa polskiego, że tu się ono zaczyna i tu się kończy”.

W pierwszej połowie lat 30. Kwiatkowski wycofał się z życia politycznego, a raczej „został wycofany”, gdyż nie mógł pogodzić się z formami walki z opozycją polityczną. Część czołowych polityków sanacyjnych, z Walerym Sławkiem na czele, miała mu to za złe. Z kolei marszałek Piłsudski miał doń zastrzeżenia, nie do końca mu ufał, ale lubił, gdy jego ukochane córki bawiły się w Belwederze z córkami ministra. Po ustąpieniu z rządu Kwiatkowski zajął się jednak nie tylko teoretycznymi pracami z zakresu ekonomii, lecz także pracą w kolejnych wielkich zakładach azotowych, tym razem zbudowanych przez Polaków od fundamentów – Mościcach.

Zaczął nimi kierować na początku lat 30., w warunkach wszechświatowego kryzysu ekonomicznego, który szczególnie mocno dotknął m.in. Polski. Jednak ciężka praca i utrzymywanie produkcji dzięki koniecznemu ograniczeniu godzin pracy i obniżeniu cen produktów pozwoliły ocalić fabrykę w Mościcach i dawać utrzymanie zatrudnionym w niej ludziom. Przyniosło to po kilku latach znakomite efekty. Zakłady pod Tarnowem zaczęły przynosić czysty zysk w wysokości ponad 5 min zł rocznie, a zatrudnienie przekroczyło liczbę 3 tys. osób. Połączone wkrótce z zakładami chorzowskimi, przynosiły zyski niemal dwukrotnie wyższe, zaspokajały krajowy popyt na nawozy sztuczne, a eksport z nich kierowano do 60 krajów.

STOJĄC U DROGOWSKAZU…

W 1935 r., po śmierci Piłsudskiego, Kwiatkowski otrzymał nominację na wicepremiera i ministra skarbu. W dużej mierze znów zawdzięczał ją prezydentowi Ignacemu Mościckiemu, znakomitemu teoretykowi – ale i praktykowi! – w dziedzinie zastosowań chemii w przemyśle, potrafiącemu docenić ogromny potencjał drzemiący w czterdziestokilkuletnim wtedy ekonomiście, inżynierze i wizjonerze zarazem.

Przypomnijmy jego słowa: „W tym bowiem miejscu Europy, gdzie leży Polska, istnieć może tylko państwo silne, rządne, świadome swych trudności i swego celu, wolne, rozwijające bujnie indywidualne wartości każdego człowieka, a więc demokratyczne, zwarte i zorganizowane, solidarne i silne wewnętrznie, budzące szacunek na zewnątrz, przeniknięte walorami kultury i cywilizacji, państwo nowoczesne, zachodnie, mnożące w wyścigu pracy własne wartości materialne i moralne. Czy możemy wahać się, stojąc u drogowskazu, gdzie pójść?”

Nowy premier wsparł z całą mocą rozwój krajowego przemysłu, wprowadzając w lipcu 1936 r. czteroletni plan inwestycyjny, w którym na uprzemysłowienie przewidziano niespotykane wcześniej sumy – do 1,8 mld zł. Historycznego wymiaru nabrało jego przemówienie z 5 lutego 1937 r. na posiedzeniu Komisji Budżetowej Sejmu, gdzie przedstawił i przeforsował projekt budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego w widłach Wisły i Sanu. Głównym celem tego przedsięwzięcia był wzrost potencjału zbrojeniowego Polski, koniecznego w kraju położonym między dwiema wrogimi totalitarnymi potęgami Niemiec i Sowietów. Projekt nie był nowy – już w 1921 r. wysunął go ówczesny minister spraw wojskowych gen. Kazimierz Sosnkowski, potem opracowali go bracia Paweł i Władysław Kosieradzcy – ale dopiero za czasów Kwiatkowskiego doczekał się dynamicznej realizacji.

Kiedy Niemcy i Sowieci napadli na Polskę, gotowe lub w budowie były elektrownie wodne, huta i miasto Stalowa Wola, fabryki maszyn, broni i amunicji, samolotów (w osobnym rozdziale opiszemy to bardziej szczegółowo}. Niemcy, tak chętnie operujący pogardliwym określeniem „polnische wirtschaft”, nader chętnie korzystali z urządzeń COP, rozbudowując niektóre niedokończone zakłady przemysłowe i rozwijając na przykład produkcję doskonałych pistoletów marki ViS…

Kwiatkowski uszedł z kraju wraz z całym rządem. We wrześniu 1939 r. dopilnował wywozu polskiego złota, a na stacji w rumuńskich Czerniowcach oddał ostatnie 20 dol. również pozbawionemu pieniędzy „Śmigłemu”. Władysław Sikorski nie zgodził się na jego przyjazd do Francji, obarczając go współodpowiedzialnością… za klęskę wrześniową.

NA SWOIM MIEJSCU, CZYLI W POLSCE

Lipiec 1945 r. Bierut wysyła Borejszę do sanacyjnego męża stanu, przebywającego nadal w Rumunii: „Potrzebujemy Pana. Wybrzeże, morze, Gdynia czekają na zagospodarowanie. Pańska wiedza, doświadczenie i uczciwość są dla nas dostateczną rekomendacją”. Delegat Rządu do spraw Wybrzeża może w miarę skutecznie działać trzy lata. Zima 1947 r. – poseł Kwiatkowski (jednak zezwolono, by nim został) nie zostaje dopuszczony do głosu; i tak przez całą kadencję. W latach 50. zmuszono go do przejścia na głodową emeryturę, z zakazem zamieszkania i wykładania we wszystkich miastach pomorskich, w Poznaniu i Warszawie. Pomaga mu trochę Osóbka-Morawski; nie pomaga przedwojenny współpracownik Minc. Wraca do rodzinnego Krakowa.

Za Gomułki było różnie. Kiedy od czasu do czasu ukazywały się wywiady z Eugeniuszem Kwiatkowskim, niektórzy dziwili się, że jeszcze żyje. Należne splendory przywrócono dopiero staremu, schorowanemu człowiekowi, za Gierka chwalonemu przezeń za budowę Portu Północnego. Kiedy umarł (22 sierpnia 1974), premier Jaroszewicz zamieścił w „Trybunie Ludu” nekrolog: „Zasłużony dla rozwoju gospodarki morskiej i kraju; wybitny działacz gospodarczy. Odznaczony przez władzę ludową Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski i innymi odznaczeniami państwowymi”.

Powrót do kraju w 1945 r. i komandoria PRL nie przysporzyły mu przyjaciół wśród emigracji na Zachodzie. Sądzono, że ze względów oportunistycznych legitymizuje komunistyczną władzę. A on po prostu nie widział się w innej roli niż organizatora przemysłu, uczonego, wykładowcy, ale na swoim miejscu, czyli w Polsce. Kiedy go zapytano, jak sobie wyobraża raj, odparł, że dla niego jest to gabinet z dużym biurkiem i potrzebnymi książkami. Przemęczenie? Jak można nie wykonać tego, co jest do wykonania? Marian Marek Drozdowski przytacza w biografii „Eugeniusz Kwiatkowski. Człowiek i dzieło” opinię córki Ewy z Kwiatkowskich Obrapalskiej: „Racjonalista, pragmatyk, z wyboru i usposobienia uważał, że jeżeli można cokolwiek pożytecznego zrobić, to należy to zrobić bez oglądania się na osobiste emocje”.

Podobno bywał porywczy, co przy jego obowiązkach można zrozumieć, a nawet niesprawiedliwy wobec podwładnych – co zrozumieć trudniej. Zarzuca mu się też stworzenie już w latach 30. „propagandy sukcesu”. Zlecał kręcenie filmów o śląskim węglu, o Gdyni i rodzącej się flocie handlowej, o Centralnym Okręgu Przemysłowym. Urządzał tam wyjazdy reporterów, którzy następnie wynosili wicepremiera pod niebiosa, w czym celował Melchior Wańkowicz. Przecież jednak zachodzi podstawowa różnica między propagandą Szczepańskiego, który wielbił zabójczy dla Polski manewr 1 sekretarza KC PZPR z lat 70., a dodawaniem sił i animuszu narodowi, który wznosił w dwudziestoleciu międzywojennym dzieła wielkie, bo celowe.

MODLITWA Z WAWELSKIEJ KATEDRY

Przetwórstwo chemiczne węgla rzeczywiście się opłacało, port gdyński był przez długie lata najnowocześniejszym na Bałtyku, a fabryki Mielca, Stalowej Woli, Rzeszowa i innych miast wytwarzały wyroby naprawdę potrzebne. Produkują zresztą nadal, po tylu latach. Energię dostarczały im specjalnie zbudowane elektrownie wodne. Dlatego wicepremier mógł w 1938 r. z dumą mówić w Sejmie: „Hasło budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego, które przed dwoma laty mogło wydawać się nierealnym mirażem, dziś stało się konkretną rzeczywistością… Zostały założone wstępne, ale fundamentalne urządzenia energetyczne i przemysłowe w wielkim stylu…” W ciągu ćwierćwiecza po 1989 r. słyszeliśmy – zwykle przed wyborami – co to się po wyborach zrobi, ale z realizacją planów było już znacznie gorzej. Do nie zawsze wesołych refleksji skłaniają lata III Rzeczypospolitej i niektóre występujące w niej od początku figury.

WII RP budowano w Polsce szybko, sprawnie i ze znakomitym efektem. Na przykład kolejkę linową na Kasprowy Wierch (sprzedaną za rządów PO-PSL!) wznieśli w pół roku – od jesieni do końca zimy – młodzi polscy technicy z pomocą górali. Gdynia i COP, a także pamięć wygranej wojny z bolszewikami scalały naród, napawały wiarą we własne siły, pozwalały z nadzieją patrzeć w przyszłość. Eugeniusz Kwiatkowski, i tak jak wcześniej Władysław Grabski, stał się tytanem wspaniałej pracy w tej dziedzinie państwowych przedsięwzięć, na jakiej Polacy rzekomo się nie znali. Stanęli przed wyzwaniem dobrego wykorzystania owej wolności i niepodległości, o której marzyły pokolenia, a której ich pokolenie doczekało. I wyzwaniu sprostali.

To, jak wielkim darem była dla, wydawałoby się, technokraty owa odzyskana rzecz pospolita, widać po tym, jak wspominał zaślubiny z Bałtykiem przyszły budowniczy Gdyni: „W bezbarwny, mglisty, deszczowy dzień 10 lutego 1920 r. szły sztandary Rzeczypospolitej od Pucka ku wybrzeżom zimnym i stalowym – witać Morze Polskie, szły wojska polskie szare i błękitne, piesze i konne, przesycone radością i śpiewem, niecierpliwe widoku morza, tej granicy państwa, która niczego nie odgranicza, niczego nie dzieli, nie oddala, nie łamie, lecz wszystko łączy i zbliża”.

Po przeczytaniu takich słów warto choćby chwilę poświęcić na zadumę nad całym pracowitym życiem naszego wielkiego rodaka. Zmarł 22 sierpnia 1974 r. w rodzinnym Krakowie i został pochowany na Cmentarzu Rakowickim. Arcybiskup krakowski, kard. Karol Wojtyła, powiedział nad jego trumną: „Logika życia tego człowieka wymaga, aby modlitwa za jego duszę popłynęła z wawelskiej katedry”.

Codziennie i z uporem

W expose premiera Mateusza Morawieckiego, wygłoszonym w Sejmie 12 grudnia 2017 r., słowo „Polska” zostało wypowiedziane 147 razy, a słowo „gospodarka” – 40 razy. Komentatorzy uznali to za jeden z przejawów patriotyzmu gospodarczego nowego szefa gabinetu. Przypomina się zdanie: „Polska musi własnym wysiłkiem tworzyć i budować codziennie i z uporem, ze świadomością celu własną nowoczesną organizację polityczną i gospodarczą, zdolną do życia, do rozwoju i do wytrzymania wszystkich ciśnień zewnętrznych i wewnętrznych”. To jednak nie jest kolejny cytat z Morawieckiego. To zdanie wypowiedział także w Sejmie, ale 80 lat wcześniej – 5 lutego 1937 r. – wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski podczas obrad komisji budżetowej, gdy uzasadniał zwiększenie nakładów na inwestycje Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Na podobieństwo koncepcji oraz poczynań Kwiatkowskiego i Morawieckiego zwraca się uwagę od czasu, gdy ten ostatni został wicepremierem koordynującym działania całego pionu finansowo-wytwórczego. Łączy ich dążenie do rozwoju rodzimego przemysłu, stosowanie metod interwencjonizmu państwowego, głębokie poczucie związku między znaczeniem Polski a jej potencjałem gospodarczym, a także osobista uczciwość i pracowitość. Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, że obydwaj w młodości garnęli się do patriotycznych czynów – jeden w Legionach i w POW, drugi w szeregach Solidarności Walczącej.

Może owe podobieństwa będą sprzyjać zainteresowaniu tym dodatkiem poświęconym Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu, może nie. Zwróciłem tu na nie uwagę, gdyż chyba pomagają zrozumieć motywy przedsięwzięć człowieka, którego śmiało można uznać za jednego z rodaków najbardziej zasłużonych dla ojczyzny w okresie międzywojennym.

I to na polu często w naszych dziejach zaniedbywanym – gospodarczym. Tymczasem w II Rzeczypospolitej i na tym polu dokazano niemało, a prawdziwym tytanem, motorem najbardziej spektakularnych sukcesów – budowy Azotów, Gdyni i COP-u – okazał się właśnie Kwiatkowski.

Nie tylko jednak tych trzech. W 1929 r., z inicjatywy prezydenta Poznania Cyryla Ratajskiego – którego zasłużenie się za to chwali – otwarto w tym mieście pierwszą Powszechną Wystawę Krajową. Oto jak wspominał to wielkie dzieło dyrektor PWK Stanisław Wachowiak: „Kiedy wszystko z taką glorią udało się, słusznie mógł ówczesny minister [przemysłu i handlu – przyp. M.R.] Eugeniusz Kwiatkowski, największy wówczas »motor« w często zmieniających się rządach, wygłosić swoje piękne przemówienie o »prawie zwycięstwa«. Był to także i jego triumf, bowiem nieliczni tylko wiedzieli, ile homeryckich bojów stoczył w Radzie Ministrów, aby postawić na swoim. Premierowie się zmieniali, on był wówczas jedyną trwałą pozycją w gabinetach”.

Warto o nim pamiętać, szczególnie w stulecie odrodzenia Polski.

Samuel Baranowski