Trzy lata wstawania z kolan

Elżbieta Turlej i Paweł Reszka, Newsweek, 27/2018, 25.06-1.07.2018

Złość na III RP jest tak samo silna. Poparcie dla PiS? Mocne, tylko pojawił się niepokój: czy się nie pokłócą albo nie zachłysną władzą i kasą. Wyznawcom „dobrej zmiany” humor poprawia opozycja. Tak słaba, że śmieszna.

Chcieliśmy się dowiedzieć, co myślą dzisiaj wyborcy PiS? Jak patrzą na Polskę? Czy są zadowoleni z tego, jak zagłosowali trzy lata temu?

Dlatego przez dwa tygodnie jeździliśmy po kraju. Od wschodu do zachodu, od maleńkich wiosek aż do metropolii. Nasi bohaterowie to rolnicy, robotnik, urzędniczka z prowincjonalnego miasteczka, emeryt. Ale też bogaty przedsiębiorca, reporterka, wzięty prawnik czy uznany lekarz. Wszystkim zadawaliśmy podobne pytania. Czym III RP zaszła im za skórę? Dlaczego uznali, że PiS zmieni Polskę na lepsze? Czy po tych prawie trzech latach są zadowoleni z „dobrej zmiany”?

PRZYSTANEK TARNOBRZEG – TRAUMA PO III RP

Stadion miejski. Strefa kibica. Za chwilę pokażą mecz Polska – Senegal na wielkim telebimie. Jeszcze pustawo, ale ludzie przyjdą – warto, bo ta atrakcja jest za darmo. A to się liczy.

Bo dotychczas Tarnobrzeg płacił za wszystko, i to słono. To jedno z miast, które ma powody, by naprawdę nienawidzić III RP.

Dlaczego?

Opowie Iza. Matka czwórki dorosłych już dzieci, urzędniczka, zwolenniczka „dobrej zmiany”: – W latach 50. odkryto złoża siarki. I bum! Jest kopalnia, praca, bloki.

Miasto rozrasta się w stronę Sandomierza i Stalowej Woli. Mamy deputaty, sklepy, a 4 grudnia na św. Barbary karczmę piwną.

No i jesteśmy województwem. A po 1989 roku – tragedia. Siarka przestaje się opłacać. Zamykają kopalnie, ludzie na bruk, odbierają nam nawet województwo. To uderzenie w dumę, a nikt nawet nie zawalczył, żeby zostało. Dziś miasto pustoszeje. Niedługo stanie się domem starców.

– A jaka była III RP dla pani?

– Mąż pracował w „siarce”. Też go zredukowali. Czwórka dzieci, jedna pensja…

– Brakowało pieniędzy?

– Wiem, jak to jest, kiedy nie ma za co kupić dzieciom książek do szkoły. Jakby mi ktoś powiedział wtedy, w latach 90.: „Masz tu 500+, bierz dzieciaki i jedźcie nad morze”, tobym oszalała z radości! Wy pewnie tak nie myślicie?

– Jak?

– No, że to jest dobre? Patrzycie na nas jak na Januszów i Grażyny, którzy jedzą jajka na twardo, udka z kurczaka i żłopią piwsko? Tak właśnie patrzyła na nas III RP. Dzieliła Polaków na nas – tych gorszych i na was – tych lepszych. Wy – elita, my – Janusze i Grażyny.

WYKLUCZENIE

Złość na III RP przewijała się w większości naszych rozmów. Ludzie mówili o biedzie i obojętności państwa.

Krzysztof (49 lat, budowlaniec i rolnik, mieszka na wsi w Kujawsko-Pomorskiem) tak wspominał to, co było przed PiS: – Czasami chciałem, żeby państwo o mnie zapomniało. Prowadziłem działalność gospodarczą. Trudno było związać koniec z końcem, bo żona nie miała roboty, a mnie późną jesienią kończyły się budowy. Państwo zawsze było czujne, żebym zapłacił wszystkie ZUS-y i ubezpieczenia za siebie i ludzi. I nigdy nie zainteresowało się, czy mam z czego zapłacić. Czułem się płatnikiem, nie obywatelem. Dopiero ci, co teraz rządzą, powiedzieli „Zadbamy o was”.

O obojętności państwa mówili nam również ludzie dobrze sytuowani. Tak jak prawnik Igor, właściciel dobrze prosperującej firmy doradczej: – Moja mama jest nauczycielką. Na początku lat 90., pracując dorywczo, mogłem zarobić na miesiąc to, co ona w pół roku. Czułem absurd tej sytuacji.

Zbych – emeryt, powiatowe miasto w Zachodniopomorskiem: – Całe moje życie było ciężką fizyczną pracą. Pracowałem uczciwie. Okazało się, że mam śmieszną emeryturę w porównaniu z byłą milicją albo esbecją. Poczułem się jak śmieć.

ZAKŁAMANIE

Bohaterowie rozmów zwracali uwagę, że III RP była krajem układów i zakłamania. To irytowało nawet tych, którzy byli beneficjentami takiego stanu. Jeden ze znanych warszawskich prawników, dziś zwolennik PiS, mówi, że w starym „układzie” miał się doskonale: – Na uczelni były frakcje, byłem w tej silniejszej. Na rynku adwokackim też moja kancelaria radziła sobie doskonale. Mieliśmy dojście i obsługiwaliśmy wiele spółek skarbu państwa. Była kasa, ale był też niesmak.

Marta, dziś dziennikarka jednego z prawicowych portali, opowiadała o pracy w jednej z wiodących gazet codziennych:

– Podczas planowań szefowie mówili, że jesteśmy w niezłej sytuacji finansowej, ale ja od sześciu lat byłam na umowie o dzieło. Pisałam o ludziach wykorzystywanych przez pracodawców, którzy pozwalali sobą orać i zaciskali zęby, bo mieli rodziny, dzieci, kredyty, a sama czułam się jak najemnik. W gorszych miesiącach, to znaczy kiedy do gazety weszło mniej moich tekstów, utrzymywaliśmy się z 3,5 tys. złotych. Starałam się o zasiłek i zaczęłam dorabiać, sprzedając środki czystości. Chodziłam do szefów prosić o etat albo podwyżkę, ale cały czas powtarzali: „Jeszcze nie teraz”. Słyszałam, że jako naród właśnie odnieśliśmy sukces. A sama czułam się jak śmieć.

I jeszcze jedna dziennikarka. Tym razem Alicja, która pracuje w publicznym radiu: – Niezależność w III RP była mitem. Nam kręgosłupy łamano od zawsze. Odbieraliśmy telefony z resortów: „Pan minister jest jutro wolny, chętnie wystąpi”. Bywało, że prezes osobiście przywoził polityka. Reguły były brutalne. Gdy zbliżała się zmiana władzy, na radiowych szefów zbierało się haki. Najpierw zabezpieczało się kogoś w księgowości. On miał monitorować faktury, koszty, wyceny. Mogły się przydać do zwalniania z pracy przeciwników. Wiadomo: lepiej wyrzucać za złodziejstwo niż za przekonania.

POGARDA

Kolejnym słowem, które często powtarzało się w naszych wywiadach, była „pogarda”. Nasi rozmówcy byli rozżaleni, że w III RP nie szanowano ich poglądów.

Daniel, lekarz, ordynator SOR: – Człowiek z moimi poglądami to rzadkość wśród lekarzy. Ale przecież nie są jakieś egzotyczne: wolny rynek, tradycyjne wartości, patriotyzm. Można powiedzieć „modelowy chadek”. Ale dla III RP byłem przedstawicielem nurtu „kibolsko-nazistowskiego”.

Niektórzy zwolennicy „dobrej zmiany” noszą ten żal od wielu lat. Wspominają, że na początku sami włączali się w budowę wolnej Polski, ale dano im do zrozumienia, że są zbyt radykalni.

Igor, właściciel firmy doradztwa gospodarczego: – Szybko zrozumiałem, że role są podzielone. Dla jednych są miejsca w„tym” autobusie, inni, tacy jak ja, zostają na przystanku. Opowiem ci dwie sceny. Rok 1989 – z „Gazetą Wyborczą” biegam do Komitetu Obywatelskiego. Łączy nas wspólna sprawa. I druga scena kilka lat później: paraduję z prawicową gazetą. Specjalnie, chcę sprawdzić reakcje. Słyszę: „świr, ciemnogród, wariat”.

Bogdan, rolnik z niewielkiej wsi na Mazowszu: – Najgorsza do zniesienia była pogarda i to, że nikt nas nie rozumiał. Byliśmy moherami, bo chodziliśmy do kościoła, patologią, bo mieliśmy dużo dzieci, albo głupimi staruchami, którym trzeba zabrać dowód, żeby źle nie zagłosowali.

PRZYSTANEK WILKOWYJA – IDZIE DOBRA ZMIANA

Jan czeka na przystanku PKS w mazowieckiej wsi Wilkowyja. Ma 54 lata, kawałek ziemi po rodzicach, na umowę-zlecenie jest zatrudniony jako pracownik fizyczny w Warszawie. Dojeżdża busem – jak inni miejscowi – albo zrzucają się na benzynę i jadą w kilku jednym samochodem.

Z 800 mieszkańców wsi prawie wszyscy głosowali na PiS. Nieliczni postawili na PSL, na PO – dwie, może trzy osoby.

– Scenariusz do znanego serialu „Ranczo” napisał letnik, który do nas przyjeżdżał. Wymyślił sobie pijaków, którzy siedzą przed sklepem na ławeczce. Zrobił z miejscowych nieudaczników, którzy dopiero stanęli na nogi, kiedy Polska dołączyła do Unii Europejskiej. Tymczasem jest odwrotnie – my, wiejscy, wszystko mamy z ciężkiej pracy własnych rąk. I powinniśmy być z tego dumni. Nasz poseł PiS ciągle nam o tym przypominał.

– Dobrego macie posła?

– Jest z nami zawsze: na poświęceniu sztandaru jednostki OSP, mszy z okazji rocznicy święceń kapłańskich, otwarciu świetlicy wiejskiej, na festynie rodzinnym. Każdy, kto go poprosi, może wejść do Sejmu! Poseł osobiście oprowadzi, poczęstuje ciastkiem i kawą. Z okolicznych kół gospodyń wiejskich na Wiejskiej były już chyba wszystkie. A w ubiegłym roku na rozpoczęcie roku szkolnego przyjechała do nas para prezydencka.

– Jak było?

– Cudownie. Kiedy jechali do naszej podstawówki, staliśmy wzdłuż szosy. Machaliśmy. Naszą Wilkowyję pokazywali nakaż-dym kanale telewizyjnym. Wreszcie byliśmy dumni.

DLACZEGO PIS

Podczas naszej podróży po Polsce „pisowskiej” na każdym kroku pytaliśmy o motywację: „Rozumiemy, że III RP was skrzywdziła, ale dlaczego głosowaliście na Jarosława Kaczyńskiego? Dlaczego uwierzyliście właśnie jemu?”. Odpowiedzi były różne. Jedni chcieli zagrać na nosie elitom, odsunąć „ich” od żłobu, drudzy pokazać, że może być inaczej, że można skończyć z Polską „aferalną”.

Marta, dziennikarka: – Zagłosowałam na PiS z bezradności i z wściekłości na szefów mojej gazety. Miałam dość tego, że mnie nie stać na dentystę i nowe majtki. Brzmi idiotycznie, ale nowe majtki, tak samo jak nowa plomba, dają człowiekowi poczucie godności.

Inni uwierzyli w obietnice. Chcieli też skorzystać na przemianach. Jednak niemal wszyscy byli zgodni: „Od dawna nikt z nami nie rozmawiał. I nagle pojawili się ludzie z PiS”.

Iza, urzędniczka z Tarnobrzega, zdefiniowała to w prosty sposób: – III RP uważała, że Polska to Warszawa, Gdańsk, Łódź, Kraków. PiS dostrzegło, że Polska składa się z pipidówek. Zauważyli nas. Powiedzieli, że wreszcie po latach obietnic i nam coś skap-nie z tej transformacji, która podobno była sukcesem. Wbrew wszystkim autorytetom, jak minister Rostowski czy premier Balcerowicz, którzy mówili: „nie da się”, „niemożliwe”, „budżet tego nie wytrzyma”.

Igor, który zawodowo pracuje przy kampaniach politycznych, mówił, że sukces PiS zaczął się właśnie od wysłuchania ludzi: – Najpierw zrozumieli, czego oni chcą. Potem im to dali. W końcu chwalili się, chwalili i chwalili, aż uszy więdły. Ale odnieśli sukces? Odnieśli.

Dalej motywacje elektoratu „dobrej zmiany” się dzielą. Wyborcy racjonalni, mniej związani z PiS, mówią o nadziei na to, że dotykające ich problemy zostaną nareszcie rozwiązane. Twardzi wyznawcy PiS mówią o emocjach.

NADZIEJA

Reporterka Alicja i lekarz Daniel są dobrym przykładem tych „z nadzieją”. Dziennikarka liczyła na „dobrą zmianę” w radiu: – Uwierzyłam, że załatwią sprawę abonamentu, będzie więcej pieniędzy i w końcu uda się wykorzystać potencjał mediów publicznych. Liczyłam, że PiS da szansę dziennikarzom spoza układów.

Daniel liczył, że PiS ma wizję powstrzymania „powolnej atrofii ochrony zdrowia”: – W Warszawie ubyło 800 łóżek szpitalnych, obiecywano Szpital Południowy… I gdzie on jest?

Inni uwierzyli, że PiS będzie strażnikiem wartości. Jacek, prawnik w znanej kancelarii adwokackiej: – PiS w sprawach obyczajowych to partia centrowa. Boi się słów „aborcja”, „gen-der”. To, że zamrozi status quo, było do przewidzenia. Nie zakaże aborcji, ale również nie zliberalizuje prawa w tym zakresie. Nie pozwoli na dyskryminację homoseksualistów, ale również nie zgodzi się na adopcję dzieci przez pary jednopłciowe. I to mnie uspokaja.

– Co jeszcze pana pociągnęło w „dobrej zmianie”?

– Myślałem: mainstream ich nienawidzi, więc będzie im patrzył na ręce. Układy się skończą, zapanuje porządek.

– Zapanował porządek?

– Wiele się zmieniło. Wiemy to po naszych interesach i po interesach naszych klientów. Ludzie starają się być bardzo akuratni, boją się naruszyć prawo. Czują presję. Oprócz tego wszystkiego muszę jeszcze oczywiście wspomnieć o prezesie!

– Co z nim?

– PiS mnie nie przekonuje, ale prezes to geniusz. Fajter odporny na ciosy.

Nie ma rodziny, konta, hobby – ma tylko kota i Polskę. Poświęcił się dla sprawy. Podziwiam go za to. Kaczyński to dla mnie gwarant, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku.

GODNOŚĆ

A najtwardszy elektorat PiS?

Maria ma 35 lat, wyższe wykształcenie, pracuje w administracji. Katoliczka, wychowuje wraz z mężem czworo dzieci. Podobnie jak ponad 60 proc. mieszkańców liczącego 18 tys. mieszkańców Garwolina głosowała na PiS: – Co miesiąc dostaję 1500 zł z programu 500+, korzystam z Karty Dużej Rodziny, dzięki której np. robię tańsze zakupy w Lidlu. Dzięki świadczeniu Dobry Start we wrześniu dostanę 1200 złotych na wyprawkę szkolną dla dzieci.

Ale dla Marii nie tylko programy socjalne są ważne. Jeszcze ważniejsze jest to, że wygrała jej wizja świata.

Dumę czuje też Jan z Wilkowyi: – Bo jaki jest Polak? Mądry, zdolny, sprytny, odpowiedzialny. Za rządów PO nikt nam o tym nie przypominał. Mieliśmy być jakimiś Europejczykami. Czyli chłopami pańszczyźnianymi, ot co. Teraz Polak został wreszcie doceniony. Szczególnie ten Polak ze wsi. Sól tej ziemi, bo to my pracujemy na was, miastowych. Żywimy was, sprzątamy po was, ochraniamy wasze firmy. Wy nie chcecie mieć dzieci, więc my mamy je za was, po to żeby kiedyś było komu robić na wasze emerytury.

PRZYSTANEK WARSZAWA – TRZY LATA U WŁADZY

Warszawa, modna restauracja w centrum. Paweł urywa się na godzinę z ministerstwa. Przychodzi w dżinsach i sandałach.

Opalony, niedawno wrócił z rejsu po Atlantyku. Wybiera się na off-road trip po Mongolh. Zamawiamy, jak mówi, „gejowską” lemoniadę. Potem zaczyna mówić, jak przeszedł do obozu „dobrej zmiany”: – Jestem jak poeta z „Wesela” Wyspiańskiego, który ożenił się z chłopką. Nie identyfikuję się z PiS, ale lubię energię tej partii. Dziś zarabiam o wiele mniej niż za PO, ale czuję, że zmieniam rzeczywistość.

– Jak się załapałeś?

– Kiedy PiS wygrało wybory i zaczęła się czystka w ministerstwach, kolega przekonywał, żebym przyszedł do nich do pracy:

„Po tym, co zrobiła PO, nawet małpa może rządzić. Byle to była małpa uczciwsza od poprzedniej”.

– Żałujesz?

– Nie. Wreszcie widzę, że można. Wcześniej słyszałem z mediów czy od kolegów pracujących dla poprzedniej ekipy: „Nic nie zrobisz”. „Nic się nie da”. A z drugiej strony przecież wiedzieliśmy, że są konkretne zagrożenia: mafia VAT-owska, firmy słupy i znikający podatnicy. Mimo to rząd nic nie zrobił, żeby to zatrzymać. Nie podobała mi się też bierność PO w sprawie sądów. Rozwodziłem się przez ponad 10 lat. Miałem dość bałaganu w sądownictwie, ale wiedziałem, że Platforma nic w tej sprawie nie zrobi.

– Nie widzisz negatywów?

– Są potknięcia partii w polityce zagranicznej. Obsadzanie kolejnych instytucji swoimi, przyznawanie sobie nagród… Ale każdy to robi.

– Na kogo zagłosujesz?

– Po trzech latach pracy dla PiS już wiem, że będę głosował na nich.

– A PO?

– PO już nie ma.

BŁĘDY

Jakie błędy popełniło PiS?

Łamanie konstytucji, reforma sądownictwa czy konflikt z UE

– sprawy, którymi emocjonuje się liberalna Polska – dla zwolenników „dobrej zmiany” są niemal niedostrzegalne. Dwie osoby powiedziały, że „zagranica się z nas śmieje”. Trzy wspomniały o reformie sądownictwa, ale oceniały ją pozytywnie. – Jestem adwokatem, wiem, jacy są sędziowie. Całe szczęście, że nareszcie zaczęli się bać – powiedział nam współwłaściciel dużej kancelarii.

Niektórzy są rozczarowani, bo PiS nie zreformowało ich świata.

Alicja, reporterka radia publicznego: – Nie poprawili żadnego błędu. Dorzucili za to setki kilogramów syfu. Przyprowadzili swoich spadochroniarzy, którzy7 nie mają pojęcia o radiu. Mają za to etaty i kasę. j aka nam się nie śniła.

Daniel, lekarz: – Jarosław Kaczyński jest sam. Ma kilku dobrych ludzi: jest premier Morawiecki, minister Rafalska. Ale to wyjątki, bo otaczają go klakierzy. W ministerstwach i urzędach są ludzie z przypadku, nie fachowcy. Zbliża się seria wyborów. Przyznam, że jestem zagubiony. Nie wiem, co zrobię.

Krzysztof, rolnik i budowlaniec: – Po trzech latach myślę tak: za PO zapieprzałem, za PiS zapieprzam i to się chyba już nie zmieni.

Inni boją się, że władza zaczyna iść po śladach poprzedników.

Igor (właściciel firmy doradztwa gospodarczego): – Platforma po kilku latach rządzenia doszła do wniosku, że będzie rządzić przez następne tysiąc lat, bo nie ma z kim przegrać. PiS uwierzyło w to po trzech latach. I to jest bardzo niebezpieczne.

Iza (urzędniczka z Tarnobrzega): – PiS powinno otworzyć się szerzej na ludzi spoza formacji. Zle, że zaczynają się podziały. Postawa Andrzeja Dudy w sprawie referendum budzi zdziwienie. Na pewno źle postąpili z niepełnosprawnymi. Broni ich to, że politycy opozycji błyskawicznie przykleili się do tego protestu.

Maria (urzędniczka z Garwolina): – Śledztwo smoleńskie stanęło w miejscu, ale przynajmniej walczyliśmy. Do drobiazgów typu misiewicze nie będę się przyczepiać. Każdy rząd ma swojego Misiewicza czy Wachowskiego, ale żaden nie miał wizjonera pokroju Jarosława Kaczyńskiego.

Wszyscy, których pytaliśmy, czy błędy PiS wzmacniają opozycję, zaprzeczali. To dla nich nie alternatywa dla obozu władzy, ale śmieszna formacja bez znaczenia.

EPILOG

Tymczasem strefa kibica na stadionie w Tarnobrzegu już się zapełniła. Chyba ze stu małoletnich Robertów Lewandowskich w koszulkach z dziewiątką. I ich mamy z plastikowymi biało–czerwonymi wiankami na włosach. Tatusiowie mają pomalowane na biało-czerwono twarze, czapki, a nawet husarskie skrzydła. Atmosfera fantastyczna. Bo wszyscy się znają, wszyscy się cieszą, że ktoś o nich pomyślał, postawił telebim, wpuścił za darmo. Piwo, kiełbasa z grilla, mcdonaldy, czipsy. Wykpiwani przez elitę „Janusze i Grażyny” i ich dzieci są szczęśliwi. Jeszcze nie wiedzą, że Polska zaraz przegra z Senegalem.

Opracowanie: Janusz Baranowski – Tatar Polski, twórca Solidarności, potomek Powstańców Styczniowych, Legionistów, Generałów, Harcerzy, Szarych Szeregów, Żołnierzy Wyklętych